🌜 Przyznanie Praw Wyborczych Kobietom We Francji
Także w 1917 prawo to otrzymały Kanadyjki, a rok później prawo do głosowania przyznała kobietom Polska. Francja obdarzyła swoje kobiety prawami wyborczymi w 1944 roku. W całej Szwajcarii kobiety uzyskały czynne prawa wyborcze dopiero w 1990 roku, choć w części kantonów mogły wybierać swoich przedstawicieli już od 1971 roku.
Materiał składa się z sekcji: „Wprowadzenie”, „Emancypacja i feminizm”, „Sojusznicy i wrogowie kwestii kobiecej”, „Walka o prawa wyborcze”, „Źródła stereotypu”, „Zamiast zakończenia”.Materiał zawiera 7 ilustracji (fotografii, obrazów, rysunków), 1 film, 2 ćwiczenia, w tym 2 interaktywne, 2 polecenia.
Pierwsze reformy socjalne - uchwalenie 8-godzinnego dnia pracy i nowych ubezpieczeń społecznych, likwidacja dotychczasowych przywilejów stanowych, regulacja czynszów, wprowadzenie bezpłatnej edukacji oraz przyznanie pełnych praw wyborczych kobietom - - miały doniosłe znaczenie dla całej II Rzeczypospolitej.
Przyznanie praw wyborczych kobietom nie było rzeczą oczywistą. Polki z dążeniami do uzyskania pewnych praw (nie mówiąc o równouprawnieniu) torowały sobie drogę powoli – mówi prof. Teresa Gardocka ze Szkoły Prawa Uniwersytety SWPS. Historia równouprawnienia Stosunkowo do niedawna uważano, że kobiety nie powinny mieć ani praw wyborczych, ani wielu innych
100 lecie praw wyborczych dla Niemek. 2018-11-12 Berlin po polsku Kultura 0. 12 listopada 1918 r. w Niemczech wprowadzono prawo wyborcze dla kobiet. Ponad 150 lat temu kobiety w Niemczech nie miały prawa do głosowania, prawa do pracy ani osobistych dóbr. Żony były zależne społecznie i ekonomicznie od swoich mężów, a niezamężne od
100 lat praw wyborczych – “prawie” 100 życzeń dla kobiet Mija sto lat od nadania praw wyborczych kobietom, a nadal, dość dyplomatycznie rzecz ujmując, jest wiele przestrzeni w życiu społeczno-gospodarczym do zmiany mentalności i do partnerskiego traktowania nas – kobiet.
Tomasz Jastrzebowski/REPORTER. Janusz Korwin-Mikke chciałby odebrać kobietom prawa wyborcze. "Jego słowa mają sens". – Mądre kobiety doskonale wiedzą, że w ich interesie leży, by kobiety NIE MIAŁY czynnego prawa wyborczego – napisał na Facebooku Janusz Korwin-Mikke, dodając, że "rządzić muszą mężczyźni, a kobiety muszą
Zobacz, co partie obiecują kobietom. Prawdziwe media publiczne to takie, które utrzymują jego odbiorcy. 70% budżetu OKO.press pochodzi z dobrowolnych wpłat Czytelniczek i Czytelników. Dołącz do nich! Aborcja, antykoncepcja, in vitro, przeciwdziałanie przemocy, opieka okołoporodowa, świeckie państwo, edukacja seksualna w szkołach.
jącej polemikę na temat przyznania praw wyborczych kobietom, a także do literatury pięknej. W mniejszym stopniu wykorzystała materiały archiwalne. 1 M. Gawin, Bilet do nowoczesności. O kulturze polskiej w XIX/XX wieku, Warszawa 2014; eadem, Głosy krytyczne w sprawie zawodowej pracy kobiet 1918–1939 (w świetle publicystyki),
Janusz Korwin-Mikke, członek Konfederacji uważa, że „mądre kobiety doskonale wiedzą, że w ich interesie leży, by kobiety NIE MIAŁY czynnego prawa wyborczego”. W ostatnich wyborach prezydenckich kandydat jego partii był 4., jeśli chodzi o poparcie żeńskiego elektoratu.
Pozycja ustrojowa parlamentu finlandzkiego Eduskunty 149 równości, powszechności i proporcjonalności (Herlitz 1969: s. 56–57). Czynne prawo wyborcze posiadali wszyscy obywatele po ukończeniu 24 roku życia. Zniesiono cenzu- sy majątkowe, a ewenementem na tle współczesnych ordynacji było przyznanie praw wyborczych kobietom.
Celem była zmiana kwalifikacji potrzebnych do bycia wyborcą i umożliwienie niektórym kobietom głosowania w wyborach federalnych. Przed jego przyjęciem, osobami uprawnionymi do głosowania na szczeblu federalnym byli obywatele brytyjscy płci męskiej w wieku co najmniej 21 lat oraz właściciele nieruchomości.
JdfDU. Na początku XX wieku w niemal wszystkich państwach europejskich oraz w USA, Kanadzie i Australii kobiety nie posiadały praw wyborczych. Tymczasem od kilku dziesięcioleci w coraz większym stopniu wkraczały na rynek pracy i uzyskiwały dostęp do coraz lepszego wykształcenia oraz do uczestnictwa w życiu publicznym. 8 marca obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Kobiet. Fot. Archiwum WEM Daleko jednak było do ich pełnego równouprawnienia z mężczyznami w sferze prawa cywilnego, a zwłaszcza praw politycznych. W niektórych krajach mogły już studiować na wyższych uczelniach (np. we Francji i Szwajcarii od lat 60. i 70. XIX wieku, w Austrii od 1897, w Niemczech od 1908), ale nie na wszystkich wydziałach i kierunkach. Nadal nie były dopuszczane do wielu zawodów, dyscyplin sportowych, form spędzania czasu wolnego. W pracy opłacano je gorzej niż mężczyzn i znacznie ograniczano możliwości awansu. W pierwszych latach XX wieku przybiera na sile ruch kobiecy, stawiający sobie za główny cel przyznanie kobietom pełni praw politycznych, przede wszystkim wyborczych. Około 1910 roku Międzynarodowe Stowarzyszenie na Rzecz Praw Wyborczych Kobiet (International Woman Suffrage Alliance) skupia ponad dwadzieścia organizacji krajowych i organizuje wielkie międzynarodowe kongresy. Istnieją już setki wyspecjalizowanych stowarzyszeń, które zrzeszają pracownice z rozmaitych branż przemysłu, handlu i usług. Są organizacje działaczek oświatowych, związki spółdzielczyń, studentek, kluby sportowe z kobiecymi sekcjami itd. Również na ziemiach polskich, podzielonych miedzy Rosję, Niemcy i Austrię, na przełomie stuleci ruch kobiecy wkracza w fazę intensywnego rozwoju. W Warszawie i Lwowie powstają Związki Równouprawnienia Kobiet; między 1899 a 1917 rokiem odbywają się cztery zjazdy kobiet polskich. Coraz liczniejsze są kobiece czasopisma. Na ogromną skalę kobiety uczestniczą w różnych formach walki o prawa narodowe. W Galicji upominają się też o możliwość uczestniczenia w wyborach parlamentarnych. Działają również konserwatywno-narodowe organizacje ziemianek, związane z Narodową Demokracją, usiłujące przyciągać kobiety wiejskie, po które sięga także prężny ruch ludowy. Kościół inspiruje stowarzyszenia katolickich służących pod wezwaniem św. Zyty. Parada Sufrażystek 1912 r. Fot. Europejskie i polskie feminizmy mają zatem różne oblicza, zwykle jednak liberalne lub lewicowe. Środowiska konserwatywne mobilizują się z opóźnieniem, pod hasłami obrony tradycyjnego modelu kobiecości i rodziny. W programach wzrastających w siłę partii socjalistycznych hasła równych praw kobiet i mężczyzn pojawiają się w kontekście ochrony pracy i macierzyństwa; mówi się też i pisze o pełnej równości w obrębie rodziny, która powinna odejść od patriarchalnego modelu. Skądinąd socjaliści uznają, że ostateczne rozstrzygniecie tych spraw będzie możliwe dopiero po zwycięstwie rewolucji, która zniesie wszystkie nierówności i położy kres wszelkiemu upośledzeniu i wyzyskowi, także kobiet. Warunkiem realizacji tego egalitarnego programu ma być bowiem zniesienie własności prywatnej. Dla większości zwolenników i zwolenniczek socjalizmu ruch ściśle feministyczny, oderwany od głównego nurtu walki, to ruch „mieszczański”, „burżuazyjny”, nieczuły na społeczne niedole i problemy kobiet z proletariatu, a nawet dążący do oderwania ich od udziału w przyszłej rewolucji. Do partii socjalistycznych kobiety przyjmowane są na ogół bez zastrzeżeń, ale rzadko awansują do ich ścisłych kierownictw. Również i tu funkcjonują patriarchalne stereotypy. Hasła pełnego równouprawnienia napotykają też na opory wśród robotników, w tym nawet sympatyków socjalizmu, ponieważ kobieta, mniej wymagająca i gorzej opłacana, postrzegana jest jako konkurentka, szczególnie w okresach kryzysów i spadku zatrudnienia. Pomysł obchodzenia Międzynarodowego Dnia Kobiet wyszedł ze środowiska niemieckiej socjaldemokracji. Po raz pierwszy świętowano go jednak 19 marca 1910 r. w Anglii, Danii, Norwegii i Szwajcarii. Najważniejszą częścią obchodów były uliczne pochody pod hasłem równouprawnienia (które odbywały się zresztą i w innych terminach). 28 sierpnia 1910 roku w Kopenhadze, podczas Międzynarodowej Konferencji Kobiet Socjalistek (działającej w ramach II Międzynarodówki), na wniosek niemieckiej działaczki Klary Zetkin przyjęto rezolucję wzywającą do powszechnego obchodzenia tego święta, ale bez wskazania daty. W latach 1913-1914 najokazalsze manifestacje odbywały się 8 marca i ostatecznie ten właśnie dzień został proklamowany Dniem Kobiet. W latach dwudziestych XX stulecia stawał się on stopniowo świętem nie tylko radykalnej lewicy, choć to ona obchodziła go najgorliwiej. W krajach „realnego socjalizmu” dzień kobiet został wprowadzony jako święto państwowe (w bolszewickiej Rosji i Związku Radzieckim od 1921 r., ale dopiero od 1966 r. jako dzień wolny od pracy). W 1975 i 1977 roku Organizacja Narodów Zjednoczonych wsparła te obchody, chociaż ich formę, a nawet datę dnia poświęconego kobietom pozostawiła do decyzji państw członkowskich. Obecnie dzień 8 marca jako święto i – niekiedy – dzień wolny od pracy jest obchodzony w Rosji, większości krajów sukcesyjnych dawnego ZSRR oraz w kilkunastu innych państwach, głównie afrykańskich i azjatyckich z Chinami włącznie. W okresie PRL obchody miały charakter oficjalny, sztywny i kontrolowany przez władze, choć w sporym zakresie zyskały też społeczną akceptację jako okazja do spotkań towarzyskich, wręczania kobietom drobnych prezentów oraz deklarowania im sympatii i szacunku. Obecnie zarówno w Polsce jak i w licznych krajach europejskich 8 marca jest przede wszystkim dniem manifestacji na rzecz pełnego równouprawnienia, umocnienia kobiecej samoidentyfikacji, likwidacji patriarchalnych i seksistowskich stereotypów. Pochody uliczne służą też zwróceniu uwagi na los kobiet w krajach, w których są one nadal wyraźnie upośledzone w rodzinie i życiu codziennym, odsunięte od możliwości samoorganizowania się i udziału w sprawach publicznych. Andrzej
„Pokolenie, które doprowadziło do odzyskania przez Polskę niepodległości w roku 1918, bardzo wiele zawdzięczało kobietom. To kobiety niosły pierwiastek narodowotwórczy w Polsce, której nie było na mapach świata w drugiej połowie XIX wieku. Dlatego sprawą naturalną było, że kobiety otrzymały prawa wyborcze” – powiedział PAP dr Robert Derewenda z Katedry Historii Ustroju i Administracji Polski Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Prawa wyborcze dla kobiet w Polsce zadeklarował Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej, który został utworzony w Lublinie, w nocy z 6 na 7 listopada 1918 roku. Jego premierem był jeden z liderów Polskiej Partii Socjalistycznej Ignacy Daszyński (1866-1936). Program rządu przedstawiono w manifeście, ogłoszonym 7 listopada 1918 r., w którym napisano „Sejm Ustawodawczy zwołany będzie przez nas jeszcze w roku bieżącym na podstawie powszechnego, bez różnicy płci, równego, bezpośredniego, tajnego i proporcjonalnego głosowania. Czynne i bierne prawo wyborcze będzie przysługiwało każdemu obywatelowi i obywatelce mającym 21 lat skończonych”. Idee zainicjowane przez Daszyńskiego kontynuował kolejny rząd socjalistyczny utworzony przez Jędrzeja Moraczewskiego 17 listopada 1918 roku. Prawa wyborcze dla kobiet ostatecznie wprowadził „Dekret o ordynacji wyborczej do Sejmu Ustawodawczego” podpisany przez Piłsudskiego 28 listopada 1918 r. Kobiety mogły głosować, a także być wybierane. „W pierwszym parlamencie, który powstał w 1919 roku było osiem polskich posłanek. Były to osoby z różnych organizacji politycznych.(…) To były niezwykłe osoby, przede wszystkim bardzo gruntownie wykształcone” – podkreślił Derewenda. Wyjaśnił, że Polki w drugiej połowie XIX wieku chętnie podejmowały studia w krajach, w których mogły studiować kobiety, np. we Francji, Szwajcarii, a pod koniec XIX wieku pierwsze Polki studiowały na Uniwersytecie Jagiellońskim. W odradzającej się II Rzeczypospolitej - jak podkreślił historyk - przyznanie praw wyborczych dla kobiet było akceptowane. „Dekret (Piłsudskiego) zasadniczo nie był kontestowany, przez partie polityczne. (…) Można powiedzieć, że było nie tylko przyzwolenie, ale i pewne poparcie społeczne dla tej idei, aby kobiety miały prawa wyborcze, aby mogły decydować o życiu państwa, o tworzeniu tej II Rzeczypospolitej” – zaznaczył. Jego zdaniem miała na to wpływ rosnąca, zwłaszcza w drugiej połowie XIX w. rola kobiet, które - w sytuacji, gdy wielu mężczyzn zginęło w czasie działań wojennych, w powstaniach lub zostało zesłanych na Sybir – musiały samodzielnie sprostać różnym obowiązkom związanym w utrzymaniem rodziny i wychowaniem dzieci. „Kiedy mężczyźni byli na frontach, kobieta zaczęła odgrywać kluczową rolę społeczną, reprezentowała rodzinę w urzędzie, czy w szkole, tam gdzie wcześniej kobieta zasadniczo się nie pojawiała albo jej nie wypadało się pojawiać. Teraz nie tylko jej wypadało, ale też była szanowana i podziwiana za to, że sobie radzi” – powiedział. Kobiety wówczas, zdaniem Derewendy, odegrały kluczową rolę w wychowaniu w patriotyzmie nowych pokoleń. „Ci polscy patrioci są wychowani w pewnym +patosie nieobecnego ojca+. Bardzo często tym przykładem bohatera nawet nie jest ojciec, ale stryj, wujek, dziadek, który walczył w powstaniu styczniowym. On urasta do rangi kogoś niezwykłego. Nawet jeśli tej osoby nie ma, nawet jeśli nie ma ojca, to legenda tego ojca jest, można powiedzieć, jeszcze większa. W tej legendzie jest wychowywane pokolenie, które sięgnie po niepodległość w roku 1918” - powiedział. Jak dodał, powstania narodowe – listopadowe, styczniowe - z puntu widzenia militarnego, strat w ludziach były przegrane, ale „ratowały polską duszę”, wzmacniały ideę walki o niepodległą Polskę, „a te idee niosły właśnie kobiety”. Derewenda przypomniał, że szacunek dla kobiet w Polsce ma wielowiekową tradycję a kobiety w Polsce miały też wpływ na budowanie świadomości narodowej. Przykładem może być tu działalność i twórczość Elizy Orzeszkowej, Gabrieli Zapolskiej, czy Marii Konopnickiej, której „Rota” traktowana była w czasie zaborów jak hymn Polski. Na rysunkach Jana Norblina przedstawiających sejmiki w XVIII w. też są obecne kobiety, które wtedy nie miały prawa głosu. „Skoro tam są, to nie tylko, żeby popatrzeć, ale dlatego, że zapewne razem ze swoimi mężami rozmawiały o tej polityce i miały na tę politykę wpływ” – powiedział Derewenda. Polki uzyskały pełne prawa wyborcze w 1918 r. jako jedne z pierwszych w Europie. W tym samym roku uzyskały je Niemki, wcześniej miały je obywatelki Finlandii, Danii, Norwegii, Islandii. Nowy rząd II Rzeczypospolitej wprowadził też ogłaszane wcześniej przez rząd Daszyńskiego w Lublinie polityczne i obywatelskie równouprawnienie wszystkich obywateli „bez różnicy pochodzenia, wiary i narodowości”, wolność sumienia, druku, słowa, zgromadzeń, pochodów, zrzeszeń, związków zawodowych i strajków, a także ośmiogodzinny dzień pracy w przemyśle, handlu i rzemiośle oraz powszechne, obowiązkowe i bezpłatnego nauczanie dzieci w szkołach. „W 1918 roku była świadomość, że ta Polska, która powstaje powinna być państwem demokratycznym i powinna być na miarę czasów” – dodał Derewenda.(PAP) autorka: Renata Chrzanowska ren/ pat/arch.
Na Międzynarodowy Dzień Kobiet cytat z Margaret Thatcher: „Prawda, że kogut pieje, ale to kura znosi jaja”. A premier nie była przecież feministką. Nawet w ustrojach demokratycznych o prawa kobiet kłócono się od stuleci. We francuskiej Trzeciej Republice pewien parlamentarzysta dowodził, że różnica między kobietami a mężczyznami jest niewielka, na co z amfiteatru wzniesiono pamiętny okrzyk Vive la petite difference! (Niech żyje ta mała różnica!). Okrzyk wszedł do słownika idei z wyraźną konotacją seksualną. Najwyraźniej podoba się tym, którzy ignorują inną różnicę, na pewno niemałą: w świecie polityki i biznesu dominują mężczyźni. Zilustrujmy tę tezę głównie dwoma przykładami: z Francji, gdzie sama perspektywa kobiety u władzy zakrawała na epokową sensację, i ze Skandynawii, gdzie taka sama perspektywa kwitowana jest wzruszeniem ramion. Przykład francuski Na początek Francję porównajmy z Anglią, jej odwieczną rywalką. W historii i imaginacji społecznej płeć piękna we Francji – kraju miłości, mody i elegancji – zajmuje miejsce szczególne. A jednak prawo odsuwało kobiety od tronu, królewskie faworyty miały wpływy ogromne, ale nie panowały. Obyczaj angielski i literatura nie opiewały kobiet z francuską egzaltacją, ale godzono się na ich rządy: energicznym władczyniom o żelaznej woli – Elżbiecie I i Wiktorii – Imperium zawdzięczało potęgę. Takie kraje jak Polska, Niemcy, Anglia w herbach mają zwierzęta; we Francji rolę herbu pełni Marianna, której rysów dla popiersi – ustawianych po szkołach i merostwach – użyczają kolejne mieszkanki masowej wyobraźni: aktorki i modelki, Brigitte Bardot, Catherine Deneuve, Inčs de la Fressange. Jak to często bywa, afiszowanie się z symbolami kryje mizerię realnych praw. Francja, mimo Marianny i Wolności prowadzącej lud na barykady, była (i jest) w istocie bardziej macho od wielu krajów europejskich. Prawo wyborcze, tak bierne jak i czynne, dano tam kobietom dopiero w 1944 r. (w Polsce – w 1918 r., w Norwegii – w 1913 r.); jeszcze bardziej kraj pozostawał zapóźniony w równouprawnieniu praktycznym. Aż trudno uwierzyć, lecz do 1965 r. kobieta zamężna nie mogła otworzyć własnego rachunku bankowego ani podjąć pracy bez zgody męża, do 1970 r. prawa rodzicielskie matki były skromniejsze od praw ojca, nierówność praw rozwodowych utrzymywała się do 1975 r., a nawet do ostatnich lat, kiedy zlikwidowano okres tzw. vidouité (inaczej niż mężczyźni, kobiety rozwiedzione i wdowy dopiero po 300 dniach nabywały prawo do ponownego małżeństwa). Żeby temu francuskiemu zapóźnieniu praw kobiet zaradzić, socjaliści przeforsowali w 2000 r. ustawę o parytecie. Nakazuje ona, by partie polityczne wystawiały do wyborów listy przynajmniej w połowie zapełnione kandydatkami. Zwolennicy tego prawa nie tylko zabiegali o równość, ale myśleli o uszlachetnieniu życia politycznego. Dowodzili bowiem, że kobiety – dzięki swym najzupełniej naturalnym cechom – staną bliżej codziennych trosk wyborców, wezmą się za problemy konkretne. Co więcej, samo życie polityczne weszłoby w proces ozdrowieńczy, gdyż kobiety mniej – jakoby – trawi samcza rywalizacja. Polityka nie traciłaby pary na kogucie, jałowe ambicje. Ten śmiały zabieg inżynierii społecznej nie przyniósł spektakularnych rezultatów. Kobieta jako symbol kraju, na poczesnym miejscu – proszę bardzo. Ale już perspektywa władzy dla Ségolčne Royal, przecież realna, budziła wielkie emocje, tak jak do niedawna szanse, przecież duże, Hillary Clinton do Białego Domu. Dość przypomnieć, że w samym środku kampanii wyborczej Ségolčne Royal, jej kolega i rzekomo sojusznik, były premier Laurent Fabius zakpił publicznie: A kto będzie chował dzieci? Kobieta u władzy? Najsławniejsza chyba dziennikarka francuska Christine Ockrent, żona ministra spraw zagranicznych Bernarda Kouchnera, napisała kilka książek o ludziach władzy, w tym o „kobietach, które nami rządzą” (taki w tłumaczeniu był tytuł). W tej ostatniej zadawała pytanie, czy kobieta rządziłaby lepiej, czy też poddana presji władzy, pieniądza i dworu – godziłaby się z odwiecznymi regułami? Ockrent cytuje Fukuyamę, który może nie przewidział trafnie końca historii, ale utrzymywał, iż świat rządzony przez kobiety okiełznałby agresję, przemoc i dziką konkurencję. Czyżby anielskie teorie feministyczne miały więc jakieś podstawy? „Rzeczywistość musiałaby dostarczyć jeszcze dowodu” – zastrzega autorka, a z jej książki warto wynotować dwa przykłady. Margaret Thatcher, premier Wielkiej Brytanii przez ponad 11 lat, przeszła do kronik jako synonim stanowczości (twierdziła że każda kobieta, która prowadzi dom i trzyma kasę, wie lepiej od innych, jak administrować krajem). Prezydent Mitterrand, który umiał patrzeć na kobiety, mawiał, że „to jedyny mężczyzna w brytyjskim rządzie” i oceniał, że ma ona „oczy Kaliguli i usta Marilyn Monroe”. Pewien kanadyjski parlamentarzysta pozwolił sobie na niewybredny żart: pani Thatcher dlatego nie może nosić minispódniczki, gdyż „she’s got balls...”. W Londynie powtarzano to bez końca, a pani Thatcher przyjmowała żart jako komplement. Co najmniej dwa wielkie starcia (dosłownie) potwierdzają jej zdecydowanie: złamanie oporu strajkujących górników oraz wojna o Falklandy. W opisie pani kanclerz Niemiec Angeli Merkel – „która stawia raczej na kompetencje niż uwodzenie otoczenia” – zwraca uwagę nieznany szczegół: na jej biurku stoi wizerunek w srebrnej ramce. Fotografia męża czy kogoś z rodziny? Nie, grawiura przedstawiająca Katarzynę Wielką, potężną carycę Rosji, zaprzeczenie łagodności, zresztą krajankę Angeli Merkel, bo księżniczkę askańską. Ockrent zapewnia, że z tą grawiurą pani kanclerz się nie rozstaje. Czy ceni w niej symbol więzi rosyjsko-niemieckich, czy siłę charakteru, czy po prostu powinowactwo regionalne? Nie wiadomo. „Ludzi nie obchodzi, czy ich przywódca jest mężczyzną, czy kobietą, tylko czy może dla nich coś zrobić” – mówi Merkel. Jeśli jednak tak, to czemu tyle emocji przy kandydaturach Royal czy Clinton? W ocenie tej ostatniej można polegać na opinii Carla Bernsteina, autora wydanej także w Polsce obszernej biografii tej „kobiety wyjątkowej w historii Ameryki”. Otóż Bernstein jest przekonany, że swój wybór na stanowisko senatora Nowego Jorku Clinton zawdzięcza „tournée słuchania”: cała jej kampania 2000 r. nie była wcale emanacją siły i ambicji kierowania, lecz wręcz przeciwnie, dzisiejsza sekretarz stanu dbała tylko o to, by nikogo nie urażać, i wyborcom mówiła to, co pragnęli usłyszeć. Nawet przez pierwszy rok w Senacie przedłużała to tournée, przynosiła kawę kolegom, pamiętała, który ją pije ze śmietanką, i odnosiła filiżanki. Szeroką próbą psychologiczną dysponowała także Anita Werner z TVN, która przeprowadziła kilkanaście długich wywiadów z kobietami-politykami w telewizyjnym cyklu „Dama Pik”. Wyciąga z tego cyklu trzy spostrzeżenia: 1. że każda z tych kobiet przeżyła zwycięsko trudną próbę (na przykład Julia Tymoszenko – więzienie, Vaira Freiberga – emigracyjną biedę i start od zera), co stworzyło postaci zahartowane; 2. że uderzała ich pracowitość, gdyż chodziło także o matki i żony, które nie zaniedbywały „drugiego etatu”, a przy tym nie próbowały kreować się na mężczyznę, nie zatracały też kobiecości, były zadbane i eleganckie; 3. cechą wspólną było ciepło i serdeczność, którymi potrafiły zjednywać sobie ludzi. Na uwagę o pani Thatcher (patrz wyżej) Werner odpowiada, iż kobieca natura w miłych stosunkach z otoczeniem nie wyklucza twardości i zdecydowania. Mężczyźni o tym wiedzą. – Ironia historii – mówi Christine Ockrent. – To konserwatysta Nicolas Sarkozy zburzył zwyczaje własnego obozu, narzucając w rządzie liczne kobiety (prawie połowę), z których część nie była posłankami, a nawet wyszła z mniejszości etnicznych (Rachida Dati, Rama Yade). A na lewicy o przywództwo rywalizują dwie kobiety z partii, której listy wyborcze tradycyjnie pozostają typowo macho. Przykład skandynawski Daleko jeszcze do rządów kobiet. Ale przykład skandynawski skłania nas do pytania: jak to się dzieje, że kraje prowadzące w licznych sondażach harmonii i dobrobytu, mają również najwyższą relatywnie pozycję kobiet w świecie? W peryferyjnej i przez wieki nieokrzesanej Skandynawii równouprawnienie powinno być z pozoru ograniczone góra do nordyckiego odpowiednika słynnego die drei K, kościoła, kuchni i kołyski. Tymczasem stało się zupełnie odwrotnie, co widać szczególnie w Finlandii, zwłaszcza na tle Europy Południowej: Finki już w średniowieczu zdobyły prawa ekonomiczne, na które inne Europejki czekały do czasów nowożytnych. To fińskie kobiety pierwsze na świecie zostały posłankami. Nie byłoby równouprawnienia w Skandynawii, gdyby nie tamtejszy klimat. Patriarchat w mrozie i długich nocach nie ma szans. To stąd wzięła się tak wyraźna obecność kobiet w „Kalevali”, narodowym eposie Finów. Do czasu upowszechnienia systemu ubezpieczeń społecznych, urlopów macierzyńskich i dodatków rodzicielskich skandynawski mężczyzna, właściciel małego gospodarstwa, nie mógł pozwolić sobie na samodzielne utrzymanie żony i przychówku. Owszem, on był głową rodziny, ale musiał zdać się także na pracę kobiety. Oprócz klimatu, Finki swoją pozycję zawdzięczają także zaborcom. Szwedzi, którzy kolonizowali pogańską Finlandię, pozwolili wdowom na rozporządzanie własnym majątkiem – nie dlatego, by sprzyjali feminizmowi, lecz by osłabić więzy rodowe: wcześniej podbici Finowie unikali topnienia rodzinnych kapitałów, bo wdowi majątek trafiał pod zarząd męskich krewnych męża. A teraz wdowy były na swoim. Jeszcze lepiej Finki – co z polskiej perspektywy może wydać się co najmniej podejrzane – wspominają cara Mikołaja II i jego eksperymentalną zgodę na uznanie praw wyborczych kobiet. Po rewolucji 1905 r. obywatelki Wielkiego Księstwa Finlandii, czyli liberalnej wersji Królestwa Polskiego, mogły być wybierane do nowo utworzonego parlamentu prowincji. Musiało jednak minąć prawie sto lat, by wybór Tarji Halonen na prezydenta rozpoczął erę dam stanu w fińskim życiu publicznym. Tamte wybory nazwano „trzy na jednego” – oprócz Halonen, ówczesnej szefowej dyplomacji, o prezydenturę ubiegała się jeszcze była minister obrony, długoletnia przewodnicząca parlamentu oraz były premier. Halonen wiosną 2003 r. wspólnie z Anneli Jäätteenmäki stworzyła pierwszy na świecie kobiecy duet prezydent–premier. Gabinet Jäätteenmäki okazał się jednak bardzo efemeryczny, przetrwał 55 dni i upadł w atmosferze skandalu. Pani premier jest teraz posłanką do Parlamentu Europejskiego, pani prezydent najpopularniejszym politykiem w kraju, a Rittę Uosukainen, inną fińską polityk dużego kalibru, do niedawna przewodniczącą parlamentu, pamięta się za sprawą skandalizującej autobiografii „Drgający płomień”. Autorka opisała w niej swoje relacje z mężczyznami – sponiewierała kolegów z rządu, ministra kultury nazwała żmiją, szefa MSW – pozbawionym skrupułów, szefa dyplomacji – łgarzem i ujawniła zażyłość łączącą ją z mężem, tajemnice ich alkowy i wspólnego łóżka wodnego. Rzecz jasna, książka stała się bestsellerem. I sukcesem politycznym. Obeszło się bez skandalu i procesów sądowych! Co więcej, wzrosła popularność samej Uosukainen, ulubienicy tabloidów, damy każącej czesać się na wzór Margaret Thatcher, która potrafi szokować z wdziękiem i promiennym uśmiechem. Także jej mąż był w siódmym niebie. Nic zatem dziwnego, że w lutym „Six Degrees”, wydawany w Finlandii angielskojęzyczny magazyn, pisał ręką mężczyzny, że stereotypowy obraz milczkowatych mieszkańców Finlandii, którzy o wiele lepiej czują się w lesie niż w mieście, sprawdza się w odniesieniu aż do połowy społeczeństwa. Konkretnie do fińskich mężczyzn. Gruby sufit O ile w polityce Finki przełamały już wszystkie bariery, to wciąż nie udało im się przebić w biznesie. Fiński rząd co prawda w większości składa się z pań, ale w dziesięcioosobowej radzie dyrektorów Nokii, symbolu nowoczesnej Finlandii, są prawie sami mężczyźni. W Norwegii nie czekano i w 2004 r. ustawowo zadekretowano równouprawnienie. Odtąd i panie, i panowie mają zarezerwowane przynajmniej po 40 proc. miejsc w kierownictwach spółek państwowych. Rozwiązanie niby dobre, ale okazało się, że norweski rynek pracy nie był na aż taką zmianę przygotowany. Nie tylko ze Skandynawii płyną mało krzepiące wiadomości dla kobiet interesu; podobnie z USA. W takich prestiżowych gremiach jak Forum w Davos, Komisja Trójstronna czy Klub Bilderberg, niesłusznie zresztą uchodzących za jakieś światowe mafie, kobiet jak na lekarstwo homeopatyczne. Z zeszłorocznego zestawienia pięciuset największych amerykańskich firm magazynu „Forbes” wynika, że panie zarządzają tylko dwunastką dużych przedsiębiorstw. Czyżby panowie – zgodnie z zasadą, że kto ma pieniądze, ten ma władzę – celowo ograniczali dostęp kobiet do stanowisk w wielkich firmach? Dlaczego ambitne i w niczym nie ustępujące mężczyznom kobiety nie wskakują na najwyższe szczeble, tylko kończą kariery jako wice? W latach 70. niewidoczne przyczyny, które sprawiają, że panie wiecznie pozostają drugie, opisano jako szklany sufit. Alice Eagly i Linda Carli, autorki książki „Przez labirynt: prawda o tym, jak kobiety zostają przywódcami”, piszą, że kobiety nie mają co liczyć na awanse, bo nie mają czasu na... spotkania towarzyskie. To na nich – a nie na zebraniach w godzinach pracy – zapadają kluczowe decyzje o przyszłości firmy. Zwłaszcza te personalne. Pokonać mężczyznę Nawet jeśli kobiety już znajdą czas i wyrwą się z kolegami po pracy, to zazwyczaj i tak skazane są na typowo męskie zajęcia. Przed paru laty głośna była sprawa sądowa przeciw sieci sklepów Wal-Mart, największemu przedsiębiorstwu w USA. Wytoczyła ją menedżerka, która usłyszała, że w Wal-Marcie nie ma żadnych szans na awans, bo ani nie poluje, ani nie wędkuje. Sąd ustalił, że kierownictwo koncernu integrowało się polując na przepiórki, a niżsi rangą bawili się w klubach ze striptizem i fascynowali futbolem amerykańskim. No dobrze, ale z drugiej strony autorki błyskotliwych sukcesów w biznesie i polityce rzadko wspominają o potrzebie zmiany reguł i ani myślą być rzeczniczkami kobiet niespełnionych zawodowo. Nie wzywają do akcji tłuczenia szklanych sufitów. Skoro my je przebiłyśmy – mówią – i pokonałyśmy mężczyzn według męskich zasad, to dlaczego inne kobiety nie miałyby sobie poradzić? Ano dlatego na przykład, że jak zauważyła aktorka Glenda Jackson wybrana do Izby Gmin, jest tam wprawdzie strzelnica (dla rozrywki posłów), ale nie ma żłobka, który ułatwiłby życie posłankom. Azjatycka wspinaczka po nazwisku Nie brakuje pań na szczytach polityki w Azji Południowej, gdzie o kobiecie na urzędzie decyduje nazwisko, wierność rodzinie i - co najważniejsze - brak męskich konkurentów, najczęściej braci. Jak w Birmie, gdzie sumieniem opozycji jest Aung San Suu Kyi, córka bohatera walk o niepodległość, czy Bangladeszu, którego życie polityczne zdominowały obecna szefowa rządu Szejk Hasina Wajed, córka pierwszego prezydenta kraju, oraz Chaleda Zia, wdowa po innym prezydencie. Lista Azjatek, które odziedziczyły stery rządów po ojcach i mężach, jest dłuższa: pierwszą kobietą premier na świecie była Sirimavo Bandaranaike, żona zamordowanego premiera Cejlonu. Przez prawie 20 lat stała na czele cejlońskich, później lankijskich gabinetów, rządziła nawet wspólnie ze swoją córką prezydentem. Pakistan miał Benazir Bhutto (córka obalonego prezydenta, wdowiec po niej też jest teraz prezydentem), a Indie Indirę Gandhi, jedyną córkę Nehru. W Indonezji wierna rodzinnym tradycjom pozostała Megawati Sukarnoputri (jej ojcem był Sukarno), na Filipinach Corazon Aquino (wdowa po prezydencie) i obecna filipińska prezydent Gloria Arroyo, córka innego prezydenta. Panie na południu Azji nie zawsze wspinały się po nazwisku. Zasada ta nie zadziałała w przypadku Pratibhy Patil, od lipca 2007 r. prezydent Indii. Urząd to wyłącznie ceremonialny, ale obsadzany w drodze w pełni demokratycznych wyborów.
Konstytucja marcowa potwierdzała równouprawnienie kobiet. Ale zgodnie np. z ustawą z 1922 r. kobieta musiała mieć zgodę męża, by podjąć służbę państwową Kobieta, poślubiając cudzoziemca, traciła obywatelstwo. Mężczyzna nie miał takiego problemu Środowiska lekarskie, akademickie i prawnicze stawiały opór przed przyjmowaniem kobiet w swoje szeregi; liderzy polityczni, choć poparli równouprawnienie, nie dopuszczali kobiet na listy wyborcze Tyle jeśli chodzi o problemy kobiet bogatych. Biedne zmagały się przede wszystkim z olbrzymią nierównością płacową i wszechobecnym molestowaniem seksualnym Przed odzyskaniem niepodległości kobiety tkwiły w podwójnym zniewoleniu - po pierwsze, jako Polki dzieliły z polskimi mężczyznami wszystkie niedole życia pod zaborami, po drugie - jako kobiety, traktowane były jako ludzie drugiej kategorii, niezdolne do racjonalnego myślenia i pełnienia odpowiedzialnych społecznie funkcji - oprócz, rzecz jasna, wychowywania dzieci. To ostatnie w warunkach zaborów dawało jednak kobietom pewną nobilitację - społeczeństwo polskie oczekiwało, że to Matki Polki przekażą potomstwu miłość ojczyzny, która będzie procentować w przyszłości, w walkach niepodległościowych. Ale ten piedestał, na którym zostały postawione kobiety, jako depozytariuszki wartości narodowych, zdecydowanie im nie wystarczał. Panowie ze swej strony nie zamierzali posunąć się ani o centymetr na swoim Olimpie - prestiżowe zawody, nauka czy służba publiczna wysokiego szczebla pozostawały męską domeną, do której kobiet nie dopuszczano. Jak wszędzie, tak i w Polsce wojna wymusiła zmianę tradycyjnych ról - brak walczących mężczyzn stwarzał pustkę, w którą naturalnie wchodziły kobiety. To kobiety oddolnie organizowały wiele segmentów rodzącego się państwa, kobiety również o nie walczyły, a ówczesne feministki były w większości gorącymi patriotkami. Walka o wolną ojczyznę zresztą dominowała klasyczne feministyczne postulaty - było oczywiste, że kwestia praw wyborczych i równego dostępu do stanowisk w administracji państwowej będzie mieć sens dopiero wtedy, gdy uda się stworzyć niezależne, demokratyczne państwo. Czytaj też: Równouprawnienie kobiet dekretem Piłsudskiego. Sto lat praw wyborczych kobiet "Każdy obywatel państwa, bez różnicy płci..." Gdy po 123 latach zaborów Polska odzyskała niepodległość, przy znaczącym, a w wielu aspektach - decydującym udziale kobiet, jasnym było, że nie da się utrzymać dawnych nierówności. Równouprawnienie płci zapowiedział rząd Ignacego Daszyńskiego, a 28 listopada potwierdził je Dekret Tymczasowego Naczelnika Państwa o ordynacji wyborczej do Sejmu Ustawodawczego. Pierwszy artykuł głosił: "Wyborcą do Sejmu jest każdy obywatel państwa bez różnicy płci, który do dnia ogłoszenia wyborów ukończył 21 lat". Dalej zaś, w rozdziale II, czytamy: "Wybieralni do Sejmu są wszyscy obywatele (lki) państwa, posiadający czynne prawo wyborcze (...)". POLECAMY: Święto Niepodległości 2018. Kamil Janicki: bez udziału kobiet Polska nie odzyskałaby niepodległości Od decyzji nie było odwrotu, gdy formalne zrównanie praw obywatelskich kobiet i mężczyzn potwierdziła konstytucja marcowa z 1921 roku. Art. 96 stwierdzał, iż wszyscy obywatele są równi wobec prawa. Kwestię tę ostatecznie przypieczętował wyrok Sądu Najwyższego z 16 lutego 1924 roku. SN orzekł, że art. 96 konstytucji uchyla przepisy prawne, które do tej pory ograniczały prawa publiczne kobiet. Jak obejść konstytucję II Rzeczpospolita składała się z terenów, na których obowiązywały różne systemy prawne - ujednolicenie przepisów po odzyskaniu niepodległości stanowiło nie lada wyzwanie dla legislatorów. Każdy z systemów - austriacki, francuski, niemiecki, rosyjski czy polski - zawierał przepisy, które upośledzały kobiety w życiu społecznym i politycznym. Konstytucja marcowa w wielu regionach funkcjonowała jedynie teoretycznie. Wiele dyskryminujących dla kobiet rozwiązań prawnych utrzymało się na terenach byłych zaborów aż do reformy samorządowej z 1933 roku, która ujednolicała przepisy na wszystkich ziemiach Rzeczpospolitej. Wprowadzenie równouprawnienia ustawą zasadniczą nie oznaczało automatycznie zmiany mentalności społeczeństwa. A konstytucyjną równość obchodzono za pomocą zwykłych ustaw, jak ustawa o państwowej służbie cywilnej z 17 lutego 1922 roku. Zgodnie z jej zapisami, kobieta zamężna mogła być przyjęta do służby państwowej jedynie za zgodą męża. Art. 6 ustawy głosił: "Przy przyjmowaniu do służby państwowej osób nieletnich i kobiet zamężnych władza będzie przestrzegać zasad obowiązujących ustaw cywilnych". Kobiety, konstytucyjnie równe mężczyznom, ustawa z powrotem sprowadzała do roli osób zależnych, które nie mogą same o sobie stanowić - podobnie, jak osoby nieletnie. Na Śląsku z kolei, by objąć stanowisko publiczne, kobietom zgody udzielić musiała Śląska Rada Wojewódzka. Automatycznie traciły je, gdy wchodziły w związek małżeński. Małżeństwo pozbawiało kobiety autonomii, a brak faktycznej równości widoczny jest jeszcze na innym przykładzie - ustawa o obywatelstwie państwa polskiego z 20 stycznia 1920 roku stanowiła, że wychodząc za cudzoziemca Polka pozbawiana była obywatelstwa swojej ojczyzny. Mężczyzna, poślubiając cudzoziemkę, nie musiał obawiać się takich konsekwencji - jego polskie obywatelstwo automatycznie obejmowało również nowo poślubioną małżonkę. Maria Skłodowska - niegodna by wykładać na UJ Choć kobiety często wykształceniem i zdolnościami wybijały się mocno ponad przeciętność, męska społeczność akademicka nie chciała uznać tego faktu. Jeszcze przed odzyskaniem niepodległości przyniosło to polskiej nauce niepowetowane straty - władze Uniwersytetu Jagiellońskiego musieli pluć sobie w brodę, gdy Maria Skłodowska-Curie odbierała swoje Noble. Wybitna chemiczka, po ukończonych studiach w Paryżu, chciała podjąć pracę na UJ. Ale dostojna brać akademicka uznała, że jako kobieta nie jest godna, by dzielić z nimi sale wykładowe. Podobny los spotkał Annę Tomaszewiczową, pierwszą Polkę, która w 1876 roku uzyskała w Szwajcarii dyplom doktora medycyny i pierwszą w Polsce kobietę praktykującą zawód lekarza. Mimo wybitnych osiągnięć, nigdy nie przyjęto jej do Warszawskiego Towarzystwa Lekarskiego. Dopiero w 1920 roku przyjęto w Polsce prawo, dające kobietom możliwość studiowania na polskich uczelniach bez żadnych ograniczeń. Kobiety - prawniczki? "To nie prowadzi do żadnego rozumnego celu" Jeszcze w 1900 roku na Uniwersytecie Jagiellońskim specjalnie powołana do tego komisja orzekła, że kobiet nie można przyjmować na fakultet prawny. Uchwała, przyjęta co prawda niewielką liczbą głosów, głosiła że "Kobiety, ze względu na szczególne właściwości ich temperamentu i ich uzdolnienia umysłowe nie posiadają odpowiednich kwalifikacji, aby z pożytkiem dla dobra publicznego spełniać ważne obowiązki sędziego, prokuratora, adwokata lub urzędnika administracyjnego (...)". Koledzy akademicy uznali, że przyjmowanie na studia prawnicze kobiet "byłoby środkiem nie prowadzącym do żadnego rozumnego celu, a mogłoby tylko wpłynąć szkodliwie na racjonalne przeprowadzenie w życiu społecznym podziału pracy ekonomicznej". POLECAMY: Ewa Łętowska: prawo ma płeć męską Czy nierozumnym celem było stworzenie domów poprawczych dla dziewcząt (wcześniej do takich domów szli tylko chłopcy, nieletnie sprawczynie przestępstw trafiały prosto do więzienia)? Taki właśnie postulat podnosiła Wanda Grabińska, pierwsza praktykująca sędzia w Polsce. Po kilku latach pracy na stanowisku sędzia została zatrudniona w Ministerstwie Opieki Społecznej. Była również współzałożycielką Związku Prawniczek w Warszawie. Ale zanim mogła złożyć sędziowskie ślubowanie, czekał ją trudny bój z męskimi uprzedzeniami. Choć konstytucja marcowa uchyliła dekret o aplikacji sądowej z 8 lutego 1919 roku, który dopuszczał do zawodu tylko mężczyzn, kobiet na stanowiska sędziowskie po prostu nie mianowano. Grabińska, która w 1924 roku ukończyła prawo na UW, została aplikantką sądową (kobiety dopuszczano do pełnienia mniej prestiżowych funkcji w sądownictwie). Po trzech latach uznała, że równe kolegom kompetencje dają jej prawo do zostania sędzią - złożyła zatem aplikację, powołując się na konstytucję. Choć wielu się to nie podobało, po 18 miesiącach jej aplikacja została rozpatrzona pozytywnie. W 1937 roku na stanowiskach sędziowskich w Polsce pracowało siedem kobiet. Sędziami przysięgłymi mogli być jednak nadal tylko mężczyźni - na mocy prawa o ustroju sądów powszechnych z 8 lutego 1928 roku. Równe prawa, nierówne szanse Ostatecznie jednak od 1918 roku kobiety miały czynne i bierne prawo wyborcze. Przyznanie ich popierały wszystkie istotne ugrupowania polityczne. Jak zwraca uwagę dr hab Marcin Łysko w pracy "Udział kobiet w życiu publicznym II Rzeczypospolitej Polskiej", ta powszechna zgoda była, po pierwsze, pokłosiem niezaprzeczalnych zasług i poświęcenia kobiet podczas wojny, ich pracy konspiracyjnej i organizacyjnej. Drugi powód był bardziej prozaiczny - prawo głosu dla kobiet było zwykłą polityczną kalkulacją. Ordynacja wyborcza z 1919 r. wykluczała z głosowania wojskowych - a większość mężczyzn przechodziło wówczas przeszkolenie wojskowe. Kobiety stały się zatem cennym potencjalnym elektoratem dla partii, które po raz pierwszy miały szansę zmierzyć się w demokratycznych wyborach. Pamiętać jednak należy, zarówno Piłsudskiemu, który uważał, że kobiety będą głosowały bezmyślnie na partię popieraną przez męża, jak i Dmowskiemu, który był zdania, że kobiety nie powinny brać udziału w życiu politycznym, kończyć studiów i generalnie - wychodzić ze swojej tradycyjnej roli - daleko było do otwartości na idee pełnego równouprawnienia kobiet. Wszystkie partie, zarówno lewicowe i prawicowe, opierały się przed dopuszczaniem kobiet na listy wyborcze. W 1922 roku wśród kandydujących do parlamentu znalazło się zaledwie 2,1 proc. kobiet. Jeśli któraś zaś była na tyle wyemancypowana i odważna, że lekceważąc możliwy ostracyzm społeczny i niechęć partyjnych kolegów decydowała się kandydować, jej nazwisko zazwyczaj lądowało na ostatnich, niewybieralnych miejscach list. Jednak w 1919 roku kobiety po raz pierwszy poszły do urn i zagłosowały. W efekcie w Sejmie znalazło się osiem pierwszych posłanek: Gabriela Balicka, Jadwiga Dziubińska, Irena Kosmowska, Maria Moczydłowska, Zofia Moraczewska, Anna Piasecka, Zofia Sokolnicka oraz Franciszka Wilczkowiakowa. W sumie w parlamencie II RP zasiadało 32 posłanki i 18 senatorek. Niektóre kadencję pełniły kilkukrotnie. Co się często podkreśla, były lepiej wykształcone niż przeciętny męski parlamentarzysta - i nic dziwnego, wywodziły się wszak z elity ziemiańsko-inteligenckiej. Trudno przypuszczać, by kobieta pozbawiona stabilności finansowej i wysokiego kapitału kulturowego w czasach powszechnej niechęci do zmiany patriarchalnego modelu relacji porywała się na kandydowanie. Robotnice, pokojówki - niewolnice II RP Kobiety w II RP pracowały, bo musiały - sytuacja gospodarcza młodego państwa była bardzo zła, pensja mężczyzny nie wystarczała na pokrycie potrzeb całej rodziny. W 1938 roku kobiety stanowiły 23,5 proc. osób zatrudnionych w przemyśle ciężkim i średnim. Dla porównania - zaledwie 15,7 proc. wśród lekarzy. Kobiety traktowano jak tanią siłę roboczą - ich tygodniowe zarobki były przeciętnie dwukrotnie niższe niż mężczyzn. Nieco lepsza była sytuacja włókniarek - te zarabiały "tylko" ok. 30 proc. mniej niż ich koledzy. Możliwości zarobkowe kobiet były w praktyce mocno ograniczone - dla wielu ubogich, niewykształconych dziewczyn, zwłaszcza z terenów wiejskich, jedyną szansą było pójście "na służbę do państwa". Ten rynek był bardzo chłonny - w II RP służbę zatrudniali wszyscy, którzy mogli sobie na to pozwolić - nie tylko potomkowie szlachty i mieszczaństwo, ale nawet rodziny robotnicze. Jak to możliwe? Klucz tkwił w specyficznym, półniewolniczym statusie służących. Nie obejmował ich Kodeks pracy II RP, ich zarobki były niemal głodowe - do pensji wliczał się wszak "wikt i opierunek", który, de facto, często ograniczał się do miejsca do spania przy piecu i resztek z pańskiego stołu. Nadal jednak dla tysięcy młodych kobiet taka perspektywa była lepsza, niż pozostanie w ubogiej chacie czy praca na ulicy - gdzie często i tak kończyły, jeśli np. zaszły w ciążę z panem domu czy synem pracodawców. A ci nierzadko traktowali żeńską służbę jak swój prywatny harem. Oprócz pracy po 16 godzin na dobę i głodowych pensji napastowanie seksualne ze strony pracodawców było olbrzymim problemem tysięcy pracujących kobiet. Nie chroniły ich żadne prawa ani organizacje. Dostawały jedynie napomnienia ze strony Kościoła katolickiego, który wzywał je do czystości i pokory. Przykładem takiej postawy była święta Aniela Salawa, która dwukrotnie zmieniła miejsce służby ze względu na molestowanie ze strony "pana". Jednym z najbardziej bulwersujących faktów, które uzmysławiają, jaki był status służących, jest to, że prawo z okresu zaborów, pozwalające na bicie służących, uchylono dopiero w czasach PRL-u. ................................................................. Materiał powstał dzięki współpracy z Narodowym Archiwum Cyfrowym.
„Pokolenie, które doprowadziło do odzyskania przez Polskę niepodległości w roku 1918, bardzo wiele zawdzięczało kobietom. To kobiety niosły pierwiastek narodowotwórczy w Polsce, której nie było na mapach świata w drugiej połowie XIX wieku. Dlatego sprawą naturalną było, że kobiety otrzymały prawa wyborcze” – powiedział PAP dr Robert Derewenda z Katedry Historii Ustroju i Administracji Polski Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Prawa wyborcze dla kobiet w Polsce zadeklarował Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej, który został utworzony w Lublinie, w nocy z 6 na 7 listopada 1918 roku. Jego premierem był jeden z liderów Polskiej Partii Socjalistycznej Ignacy Daszyński (1866-1936). Program rządu przedstawiono w manifeście, ogłoszonym 7 listopada 1918 r., w którym napisano „Sejm Ustawodawczy zwołany będzie przez nas jeszcze w roku bieżącym na podstawie powszechnego, bez różnicy płci, równego, bezpośredniego, tajnego i proporcjonalnego głosowania. Czynne i bierne prawo wyborcze będzie przysługiwało każdemu obywatelowi i obywatelce mającym 21 lat skończonych”. Idee zainicjowane przez Daszyńskiego kontynuował kolejny rząd socjalistyczny utworzony przez Jędrzeja Moraczewskiego 17 listopada 1918 roku. Prawa wyborcze dla kobiet ostatecznie wprowadził „Dekret o ordynacji wyborczej do Sejmu Ustawodawczego” podpisany przez Piłsudskiego 28 listopada 1918 r. Kobiety mogły głosować, a także być wybierane. „W pierwszym parlamencie, który powstał w 1919 roku było osiem polskich posłanek. Były to osoby z różnych organizacji politycznych.(…) To były niezwykłe osoby, przede wszystkim bardzo gruntownie wykształcone” – podkreślił Derewenda. Wyjaśnił, że Polki w drugiej połowie XIX wieku chętnie podejmowały studia w krajach, w których mogły studiować kobiety, np. we Francji, Szwajcarii, a pod koniec XIX wieku pierwsze Polki studiowały na Uniwersytecie Jagiellońskim. W odradzającej się II Rzeczypospolitej - jak podkreślił historyk - przyznanie praw wyborczych dla kobiet było akceptowane. „Dekret (Piłsudskiego) zasadniczo nie był kontestowany, przez partie polityczne. (…) Można powiedzieć, że było nie tylko przyzwolenie, ale i pewne poparcie społeczne dla tej idei, aby kobiety miały prawa wyborcze, aby mogły decydować o życiu państwa, o tworzeniu tej II Rzeczypospolitej” – zaznaczył. Jego zdaniem miała na to wpływ rosnąca, zwłaszcza w drugiej połowie XIX w. rola kobiet, które - w sytuacji, gdy wielu mężczyzn zginęło w czasie działań wojennych, w powstaniach lub zostało zesłanych na Sybir – musiały samodzielnie sprostać różnym obowiązkom związanym w utrzymaniem rodziny i wychowaniem dzieci. „Kiedy mężczyźni byli na frontach, kobieta zaczęła odgrywać kluczową rolę społeczną, reprezentowała rodzinę w urzędzie, czy w szkole, tam gdzie wcześniej kobieta zasadniczo się nie pojawiała albo jej nie wypadało się pojawiać. Teraz nie tylko jej wypadało, ale też była szanowana i podziwiana za to, że sobie radzi” – powiedział. Kobiety wówczas, zdaniem Derewendy, odegrały kluczową rolę w wychowaniu w patriotyzmie nowych pokoleń. „Ci polscy patrioci są wychowani w pewnym +patosie nieobecnego ojca+. Bardzo często tym przykładem bohatera nawet nie jest ojciec, ale stryj, wujek, dziadek, który walczył w powstaniu styczniowym. On urasta do rangi kogoś niezwykłego. Nawet jeśli tej osoby nie ma, nawet jeśli nie ma ojca, to legenda tego ojca jest, można powiedzieć, jeszcze większa. W tej legendzie jest wychowywane pokolenie, które sięgnie po niepodległość w roku 1918” - powiedział. Jak dodał, powstania narodowe – listopadowe, styczniowe - z puntu widzenia militarnego, strat w ludziach były przegrane, ale „ratowały polską duszę”, wzmacniały ideę walki o niepodległą Polskę, „a te idee niosły właśnie kobiety”. Derewenda przypomniał, że szacunek dla kobiet w Polsce ma wielowiekową tradycję a kobiety w Polsce miały też wpływ na budowanie świadomości narodowej. Przykładem może być tu działalność i twórczość Elizy Orzeszkowej, Gabrieli Zapolskiej, czy Marii Konopnickiej, której „Rota” traktowana była w czasie zaborów jak hymn Polski. Na rysunkach Jana Norblina przedstawiających sejmiki w XVIII w. też są obecne kobiety, które wtedy nie miały prawa głosu. „Skoro tam są, to nie tylko, żeby popatrzeć, ale dlatego, że zapewne razem ze swoimi mężami rozmawiały o tej polityce i miały na tę politykę wpływ” – powiedział Derewenda. Polki uzyskały pełne prawa wyborcze w 1918 r. jako jedne z pierwszych w Europie. W tym samym roku uzyskały je Niemki, wcześniej miały je obywatelki Finlandii, Danii, Norwegii, Islandii. Nowy rząd II Rzeczypospolitej wprowadził też ogłaszane wcześniej przez rząd Daszyńskiego w Lublinie polityczne i obywatelskie równouprawnienie wszystkich obywateli „bez różnicy pochodzenia, wiary i narodowości”, wolność sumienia, druku, słowa, zgromadzeń, pochodów, zrzeszeń, związków zawodowych i strajków, a także ośmiogodzinny dzień pracy w przemyśle, handlu i rzemiośle oraz powszechne, obowiązkowe i bezpłatnego nauczanie dzieci w szkołach. „W 1918 roku była świadomość, że ta Polska, która powstaje powinna być państwem demokratycznym i powinna być na miarę czasów” – dodał Derewenda.
przyznanie praw wyborczych kobietom we francji